- Masz ręce pełne złych intencji - mówi do mnie, a ja chcę tylko dotknąć moją dłonią jej włosów i siedmiu kolczyków w prawym uchu, natychmiast, już. Zamykam oczy, tylko że nie mogę zasnąć, bo prześladuje mnie koszmar o górze butelek, która wali się na moją biedną, cierpiącą głowę.
Ona jest cała z biżuterii, ja mam tylko upośledzone ciało. Kiedy zdejmuje wszystkie swoje pierścionki, bransoletki, naszyjniki, czuję się, jakbym znowu był tu sam. W miejscu, na którym to wszystko położyła, rozgrywa się teraz bitwa pod Kurskiem, metal skręca się w agonii i wyje nawet bardziej niż ludzko. Leżę, okręcając się jej włosami, przekręcam się jak w największym inkubatorze dla czterdziestoletnich noworodków. Coś jeszcze mówimy, jakieś rzeczy o efekcie cieplarnianym, o ginących gatunkach, którym życzymy jak najgorzej, bo wyglądają na twory kretyńskie, na zbiór kolosalnych uchybień i pomyłek.
A potem nie ma już nic, nad Chujnicami wstaje ślepe słońce, kołysze się do rytmu setek tysięcy stóp, uderzających o brzegi łóżek jak fale przypływu, niosącego ze sobą wysypiska śmieci i całe elektrownie atomowe.
Ona wstaje, a ja zagrzebuję się jeszcze głębiej w siebie i w martwe włosy, które zgubiliśmy.
'Jestem człowiekiem, jestem człowiekiem', rozbija się mojej głowie to nachalne powtarzanie zdania, którego miejsce jest w innych warunkach, w innym czasie. Te wszystkie włosy ludzi, którzy tu spali, mieszają się ze sobą. Wierzę w to, że kiedyś wyrośnie z nich człowiek. Zapomina zabrać ze sobą pierścionków, zakrywam się kołdrą, w dłoni przewracam je, trochę jak monety, troche jak klucze. A potem zasypiam.
poniedziałek, 1 grudnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
